Protokoły stażysty K.

Epilog. TW Belgia

Strzeżcie się. Niczego nie możecie być pewni. Nigdy nie widzieliście wszystkiego. Belgia was zaskoczy, zadziwi, przerazi, zasmuci, rozbawi, rozochoci, zleje, zachwyci. Niczego się nie spodziewaj. Patrz. Obserwuj. Licz jej wszystkie twarze. Nigdy nie skończysz.

Wystarczy, że zatrzymasz się przy schodach na stacji Naamseport/Port de Namur i popatrzysz na twarze ludzi wyjeżdżających schodami ruchomymi. Wszystkie miny, wszystkie style, wszystkie kolory skóry. Afryka Środkowa, Afryka Północna, Europa. Jakby już ta ostatnia nie była wystarczającym konglomeratem. Mimo to, po tygodniu myślisz, że już nic cię nie zaskoczy.

Potem przychodzi sobota. Weekend, jeden z niewielu – dalej, wyjść, ruszyć się, badać, badać, badać. Pociąg, okno, krajobraz. Wyjeżdżasz z eklektycznego moloszka (Bruksela tylko pod względem ilości zadrukowanych stron może nosić miano molocha), i patrzysz. I dziwisz się. Wieś belgijka – tak różna, wolnostojące domki, płaski krajobraz, pola, drzewa. Peron, miasto. Wieże ratusza i kościołów. Azymut.

Jak różne są dworce, tak różne są miasta. Otwarty dworzec w Ostendzie jak otwarte morze. Stacja w Brugii – niewielka, jak sama Brugia i wszystkie jej domki, żółty piaskowiec, fronton ze schodkami, malutkie, zakonserwowane, zalane formaliną lata temu, podobnie jak kościół-kopia świątyni Grobu Pańskiego. Jeden krok i oddychasz średniowieczną Jerozolimą, żeby kilka chwil później wskoczyć w świat koronczarek, przekładających motki między szpilkami ze zręcznością najlepszych kieszonkowców. Nigdy nie wierz staruszkom.

W Brugii niewiele zostało życia. Importują je głównie turyści, wsiadający do łódek, żeby posłuchać anegdotek o kolejnych kamienicach, kolejnych mieszkańcach, kolejnych kolorach. Poza nimi – cisza. Nawet w muzeum Picassa, nawet przed aktami. Cisza. Pasywna, odchodząca. Nie taka, jak adorujących Baranka na obrazie van Eycka. Van Eyck nie malował o Bogu. To portret ludzkiej adoracji, radości na widok zbawiciela. I ulgi. Że jednak, że jest. Sama wiara nigdy nie daje pewności.

Życia, życia, życia. Jak na gandawskiej starówce o wielkich, mieszczańsko-kupieckich kamienicach. Albo w szkolno-studenckich Antwerpii i Leuven. Lueven – równie jednorodne, jak Brugia, ale nie z piaskowca, a z cegły, gdzie nowe kamienice przytulają się do starych i żadna nie ostrzy zębów. Ratusz, gotyk, rzeźby o zbrodni i karze. Vis-a-vis katedry, w której każdy może znaleźć wybaczenie.

Kraj różny, jak kolory wiszące wszędzie flamandów, rubensów i rembrandtów. Jak twarze ich bohaterów, na obrazach równie zróżnicowane, co na ulicy. Nie starczy życia, żeby wszystko poznać. Życia, albo odwagi.

Bez odbioru.

Reklamy

Dzień Dwudziesty Czwarty. Wystawa

Co można powiedzieć o biedzie w Polsce? Że jest. Czy jest w jakikolwiek sposób różna od biedy w Rumunii, Czechach, Niemczech, Zjednoczonym Królestwie czy Portugalii? Pewnie tak, zupełnie możliwe, że nie. Jedyne, co można stwierdzić z całą pewnością, to że ubóstwo ma tyle twarzy, ile jest osób, które w nim trwają.

Parlament nie żyje wystawą, o której wybuchło w Polsce. Większość polskich posłów też. Nie oburzajmy się, strategia przemilczenia wystawy była ze wszech miar słuszna. Im mniej o niej słychać, tym mniej osób w ogóle o niej wiedziało. Rozreklamowanie wystawy: kilka maili spośród kilku setek, plakaty porozrzucane po budynku. Choć kilka w dobrych miejscach, jak ramka przy windach na głównym piętrze „przesiadkowym”. Główny element plakatu: dzieci jedzące kanapki na nieszczególnie zachęcającym podwórzu kamienicy. Nic szokującego.

Sama wystawa wisiała przez jeden wieczór, za drzwiami, w sali niedostępnej dla osób postronnych, poza głównymi piętrami Parlamentu. Skandal. Dlaczego? Bo ktoś się wyrwał.

Opinie większości posłów o zorganizowaniu wystawy: „niesmaczne”, „niesłuszne”, „niewłaściwe”. Parlamentarny savoir-vivre zakłada, że posłowie nie punktują problemów państw, z których się nie wywodzą, chyba że przedstawiają problem globalnie, ogólnoeuropejsko. Mimo to, za nietrafiony uważam argument, że tylko my możemy mówić o własnych problemach. Gdyby tak było, żaden z posłów nie powinien organizować wystaw o przypadkach łamania praw człowieka w państwie X. Zasady dobrego wychowania stosuje się nie tylko wobec swoich.

Rzecz leży w zupełnie czymś innym. Jeśli mówić o biedzie, to nie poprzestawać tylko na jej przedstawianiu. Walczyć z ubóstwem to szukać jego źródeł, podcinać jego korzenie, włączać w społeczeństwo tych, którzy znają je na co dzień.

Zatem skąd pomysł na tę wystawę? Zdjęcia miały dostarczyć polskie organizacje. Wydaje się to dość racjonalne. Koszt wynajęcia profesjonalnego fotografa i sfinansowanie mu podroży po Polsce celem szukania przejawów biedy jest duży, a środki finansowe posłów – choć obszerne – są ograniczone i przeznaczane przede wszystkim na działania, które mają przynieść dobre wyniki dla regionu lub państwa, z którego się wywodzą. Albo takie, które poprawiają wizerunek. Lub, mówiąc wprost, pomagają wygrać w kolejnych wyborach.

Jestem sceptycznie nastawiony do wszelkich teorii spiskowych. Być może któraś polska organizacja chciała pobudzić naszych polityków do działania w walce z ubóstwem. Nieszczęśliwie dobrali posłankę – „niemiecką komunistkę”. Brak wyobraźni to największa wada, jaką może mieć jakikolwiek organizator. I polityk.

Czy wystawa mogła mieć podłoże polityczne? Jej przesłanie nie uderza konkretnie w rząd, a w kraj, co paradoksalnie mogłoby stanowić argument przeciw jakimkolwiek cięciom w polityce spójności. Czy uderza w premiera D. Tuska, którego typuje się na kandydata na następcę J. M. Barroso? Być może, choć to gra o wiele bardziej skomplikowana, i o niebo bardziej kuluarowa. To, co się naprawdę liczy, to po pierwsze plany samego premiera, a po drugie – polityka i głosy.

Tylko one mają siłę zmienić wystawę w potężne narzędzie.

Dzień Dziewiętnasty. Promocja

Oni. Szefostwo. Posłowie. Ci zza drzwi i osobnego biurka. Wybrani, by reprezentować, jak wskazuje przymiotnik, wyborców. Ale jak?

Co może poseł? Brać udział w pracach komisji. Przemawiać. Rozmawiać. Przekonywać. Zgłaszać poprawki. Negocjować. Głosować. Realna władza? Tak. Nie. Uprawnienia Parlamentu Europejskiego są bardzo ograniczone. Wprawdzie Parlament zabiera głos wobec znacznącej większości powstającego w Unii prawa, to tylko część przepisów powstaje w drodze „zwykłej procedury ustawodawczej”. Rządzą państwa. Przepraszam, Państwa. Którym Parlament niekiedy „przeszkadza”, zwłaszcza w trwających właśnie negocjacjach budżetowych. Oraz próbach obejścia Parlamentu. Nie posłów, nie w tym rzecz. Posłowie wchodzą i stają się Parlamentem. Nieważne, jak głosujesz – to Parlament zdecydował, Parlament przyjął, Parlament uchwalił. Parlament. Niekiedy z różnicującym dopiskiem: „głosami frakcji”. Ot, cała jednostkowość.

Parlament to instytucja, na której prace składa się wysiłek setek. Nie tylko posłów, ale to właśnie bez nich Parlament by nie istniał. Oni przynoszą z sobą legitymację płynącą prosto z wyborów. Prosto z głosów ludzi, i ludów. I te ludy reprezentują. Narody, choć bliskie, to niekiedy diametralnie różne. Ale to nie różnice są problemem, a brak świadomości ich istnienia. Brak wyobraźni, że gdzieś może być inaczej. Dlatego zadanie polega nie tyle na przełamywaniu stereotypów, co na skutecznej rozprawie z obojętnością. Z lenistwem umysłowym, z którego koleżanki i koledzy posłowie, a także ich asystenci, mogą nie zdawać sobie sprawy. Czas na pobudkę.

Sygnałem są wydarzenia. Konferencje, bankiety, koncerty, wystawy, spotkania, debaty, warsztaty. Masowo traktowane jako paśnik dla stażystów. Marnotrawstwo środków? Nie, jeśli spotkanie jest dobrze przygotowane, a goście zaproszeni skutecznie. To ostatnie sprawia najwiekszą trudność – nawet najciekawsza konferencja czy najlepszy koncert mogą zginąć wśród dziesiątków maili i plakatów. Dlatego biura wkładają w to bardzo dużo wysiłku.

„Nasi” radzą sobie naprawdę dobrze.

Dzień Dwunasty. Gdzie posłowie mówią: „dobranoc”

Jednostka: wsparcie logistyczne. Stopień: szeregowy. Funkcja: stażyta. Niebo lepiej, niż cywil. Choć wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, to cywil wie o życiu dużo więcej. O niebo? Wręcz przeciwnie.

Parlament to dziwne wojsko. Wojsko, w którym na front jadą tylko oficerowie i zaprawieni w bojach. Front tym razem przebiega w Strasburgu. Nad Brukselą wisi cień stażysty.

Żal, że nie ma nas tam, gdzie bój? Głupi żal. Kiedy o 23 kiedy posłowie kończą obrady i mówią sobie „dobranoc”, żal stażysty minął pięć godzin wczesniej (choć nie w każdym wypadku). Przepoczwarzył się w klasyczny ból pogodowy, przed którym ucieka się do dowolnego baru przy Placu Luksemburskim. Jeden kufel, pokal lub szklanka płynu o dużej zawartości bąbelków mówi stażyście, że do pobudki dnia następnego jeszcze daleko. Ale co o wiele ważniejsze – szepce mu też, że w pełni sobie na to zasłużył. Że miniony dzień był dobry.

Dzień wsparcia logistycznego. Zaczęty od robienia kawy? Tak – kawy dla siebie. Kawy, która wezwie myśli i zadania na zbiórkę. Tutaj nie ma negocjacji. Jak w wojsku. Znaleźć, wybadać, przepytać, przenalizować, spisać, zaprotokołować, ująć, uretorycznić. Zadanie wykonane. Prasówka z celów Prezydencji Cypryjskiej w obszarze rolnictwa? Na rozkaz! Rozkład stanowisk co do rozporządzenia w sprawie europejskiej sieci transportowej? Tak jest! Odebrać pocztę? Biegiem! Uporządkować dokumenty? Natychmiast!

Co zostaje posłom? Dowodzenie? Nie, nawet w najlepszym wypadku. Posłom zostaje polityka. Wybór przygotowanych informacji. Sformułowanie celu, możliwości alternatywnych, hierarchii dążeń. Analiza pola walki. Dobór strategii. Dobór broni. Strzał. Przycisk.

Poprawka 151.50. Kto za? Kto przeciw? Kto się wstrzymał? Przyjęta.

Dnie piąty i szósty. Rozpoznanie terenu.

Siódmego dnia odpoczął. Też. Gdyby Najwyższy pierwszego dnia stworzył Parlament, reszta świata zajęłby mu zdecydowanie więcej czasu. Ale miałaby szereg certyfikatów. Pan nie dzieliłby przy tym wód, a kompetencje. Kompetencje ponad sklepieniem od kompetencji pod sklepieniem. I widział Pan, że wszystko, co uczynił, jakoś działa. Choć nie miał pojęcia jak.

Brak pojęcia musi być źródłem „krótkich piątków”, kiedy posłowie wyjeżdżają pracować w terenie, a asystenci i stażyści domykają prace z całego tygodnia. Domknięcie oznacza wolność. Jej słodki zapach w powietrzu unosi się od czwartkowego wieczora. Po wyjściu z pracy, garnitury, garsonki, koszule, bluzki, krawaty porywają szklanki złocistego napoju z bąbelkami i zajmują plac Luksemburski tuż przed Parlamentem. Bezładne wojsko po bitwie, którego żołnierze przekrzykują muzykę, żeby wymienić plotki o wyjeżdżających do regionalnych sztabów dowódcach. Bezbronni, chłonący wieści, wyglądający posłańca z weekendowym zawieszeniem broni.

Dla wielu świeżo przyjętych szeregowych piątkowy koniec zajęć oznacza początek brukselskich chodów na orientację. Zgubić się nie trudno. Bruksela reprezentuje przede wszystkim urbanistyczny chaos. Obszarowo dominują kamienice – secesyjne piękności obok potworków, jakich nie powstydziłby się najgłębszy PRL, te, których czerwone cegły wysmażyło słońce obok tych z betonu i szkła, a niemal wszystkie wąskie, z wąziutką klatką schodową i mieszkaniami, przy których nie ma dzwonków. Autonomiczne światki, do których drzwi trzeba zapukać.

Czasami mam wrażenie, że o granicy między Wschodem a Zachodem nie zdecydował Mur, tylko kamienice. Z ich pofalowengo morza niewiele wystaje – rokokowy Wielki Plac, wieże kosciołów, Atomium – budynek-pomnik – błyska na horyzoncie swoimi kulami. Człowiek gapi się na te wszystkie dachy, choć słońce świeci prosto w oczy, a cień okazałego Pałacu Sprawiedliwości jest zbyt krótki, by dać mu jakiekolwiek schronienie. Wielkiemu, ciężkiemu budynkowi zupełnie nie niosą ulgi klasycystyczne kolumny, chyli się pod swoją kopułą i garbi z każdym dniem bardziej. Tutaj sprawiedliwość ma swoją wagę, podobnie jak niebo – podobno przez większość czasu uginające się pod ciężarem chmur. Jakby miało wszystkim runąć na głowy.

Runęłoby sprawiedliwie. Pełno tu żyjących na poziomie, jak i żebraków. Europejczyków od pokoleń i od niedawna. Miejsce dla każdego. Poza Marokańczykami, których mam się strzec, a do których dzielnic podobno lepiej się nie zapuszczać. Tak, część nie patrzy przyjaźnie. Pytanie „dlaczego tacy są” nie wydaje sę uzasadnione. Jakie uzasadnione być może? Pytać – „skąd ich wrogość” czy „z kogo ta wrogość”? Z rozczarowania światem, który miał być lepszy? Mam wrażenie, że nierozstrzygnięta pozostaje dużo poważniejsza kwestia – czy w ogóle chcemy pytać.

Lepiej skupić się na codzienności. Na wąziutkich ulicach odchodzących od tych szerokich pod najróżniejszymi kątami. Nigdy nie wiesz, gdzie cię zaprowadzą. Czy odsłonią paskudne graffiti czy zachwycający mural. Wymęczą cię swoim labiryntem, a za wytrwałość nagrodzą uroczą knajpką, których tutaj zdecydowanie nie brakuje. Choć przenigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy natrafisz na kolejną. To zawsze jest niespodzianka – czy to kawiarnia, czy sklep jak z bajki, zakurzony, o asortymencie dziwnie niezwykłym: stroje z burleski, stare znaki i ogółoszenia drogowe, manekiny, kartki pocztowe z samolotami, używane płyty. Wciśnięte między domy i zupełnie nowoczesne butiki, odpychająco przyciągają swoją pokraczną urodą.

Czy ludzie to zauważają? Korzystają. Pędzą i zatrzymują się, powiedziałbyś – żadnego w tym rytmu. Więc bez niego? Nie, niemożliwe. Nie, kiedy patrzy się na deskorolkarzy ćwiczących na placu, w tunelu pod którym raz po raz ginie pociąg. W tym musi być wzór, najpewniej równie zawiły, jak unijna biurokracja. Choć raczej to ona jest skomplikowana, jak cała Bruksela.

Miejsce to przecież potęga.

Dzień Pierwszy

Pobudka. Przemyć twarz, zebrać myśli rozpierzchnięte na cztery sny. Bielizna, spodnie, koszula, marynarka. Lustro. Imię – jest. Nazwisko – dobiegło i karnie stanęło w szeregu. Jestem. Czas wyjść.

Parlament. Duży. Wielki. Wieloczęściowy. Tłumny. Rozgadany. Idziemy. Biuro na czternastym piętrze. Widok na Brukselę. Miasto, które miało być pełne urzędasów, miało być szare, zniechęcające, przygnębiające, dobijające. Deszczu nijak, choć widok za lekką mgłą. Widok na miasto, które wygląda przyjaźnie. Wygląda. Jest? „Strzeż się osób z…”, „uważaj na portfel”, „w tej dzielnicy mieszkają…”. Trudno zobaczyć na ulicy grupy wymieszanych Europejczyków i Marokańczyków, białych i czarnych.Przyjaźń tylko wobec swoich?

Ale nie o tym, nie w tym raporcie. Parlament. Labirynt. Pierwsze posiedzenie – plenum EPL. To pierwszy dzień nie tylko stażystów, ale również asystentów i posłów. Część jeszcze nie dojechała, dotrą. Ale plenum musi trwać. Na dolnej barierce oddzielającej widownię – widoczne ślady, że służy do opierania stóp. Posłowie debatują nad programem konwencji, rozmawiają o kryzysie, zastanawiają się nad sensownością pisania pilnej rezolucji w sprawie przyszłości Europy. Osiem godzin, w tym dwie godziny przerwy. Atrakcje w trakcie dnia – dwie. Pierwsza, wizyta premiera Gruzji. Druga – wizyta Jewheniji Tymoszenko. Odpowiednio młoda, odpowiednio ładna, odpowiednio smutna. Nic nowego pod słońcem. Telewizja opozycyjna była jedyną bezstronną, teraz została zablokowana. Deja vu z kraju nad Wisłą? Nic nowego pod słońcem.

Nie sama p. Tymoszenko była interesująca. Dużo więcej powiedział jeden z europosłów. Że Ukraina jest reżimem hybrydowym, zmierzającym w stronę autorytaryzmu. Że „my” (UE? Parlament? EPL?) stanowimy opozycję. I że w ramach tej opozycji żaden z europejskich przywódców nie pojedzie na Ukrainę, którą za dwa miesiące czekają wybory. Żaden, poza prezydentem B. Komorowskim. To tak się okazuje solidarność? Chyba z reżimem…

Taki wniosek płynął z wypowiedzi p. posła. Powoływał się na niedawną wizytę na Ukrainie P. Coxa i A. Kwaśniewskiego, przedstawicieli M. Schulza. Wizyta zbiegła sie w czasie z rozpoczęciem procesu kasacyjnego ws. Julii Tymoszenko. Ukraińskie władze miały wykorzystać obecność wysłanników do swojej legitymizacji, i legitymizacji samego procesu. Teraz to samo ma się stać z wizytą prezydencką.

Turdno mówić o Ukrainie jako o naprawdę demokratycznym kraju. Mam wiele wątpliwości co do postepowania wobec Julii Tymoszenko. Jesli jednak złamała prawo, nawet głupie, powinna ją spotkać kara. Ale tylko po uczciwym procesie. Na pewno nie powinna być bita czy gnębiona.

Co do wizyty prezydenta. Tak, może zostać wykorzystana jako legitymizacja. Ale wcale nie musi – wszystko zależy od przekazu. Nie wierzę, żeby sama izolacja Ukrainy przyniosła pozytywne skutki. Żeby zmienić tamtejszy sposób uprawiania polityki, trzeba by móc odebrać niedemokratycznym politykom możliwość wygrania wyborów. Innymi słowy – odebrać im elektorat. Pokazać społeczeństwu, że to, co mają, jest niewystarczające. I że to, na co zasługują, to model dążący do zachodniego. Model, który zagwarantuje im nie tylko wolność, ale przede wszystkim stabilność dnia codziennego – godne życie. Życie bez strachu o pracę, o chleb, o przyszłość dzieci. Strach przed brakiem wolności późno ustawił się w tej kolejce do ludzkich głów.

Izolacja Ukrainy nie zmieni obaw o jutro „zwykłych obywateli”. Władzy do utrzymania się w takiej sytuacji wystarczy częściowe zaspokojenie ich potrzeb oraz obietnice, że to co robią, to wszystko, co w ich mocy. I że lepiej być nie może. Izolująca sie Unia nie będzie w stanie pokazać swojego modelu, by w ten sposób przeszkadzać w podtrzymywaniu obrazu, jaki otrzymuje społeczeństwo. Wizji, której podtrzymywanie może leżeć w interesie władz nie tylko Ukrainy.